Asp. Emilia

Ofiara

Zażądałeś moich ust,
bo Twoje krwią ociekały.
Oddaję Ci je, by od dziś
tylko Twoją Nowinę głosiły.

Zażądałeś moich nóg,
bo Twoje pod ciężarem krzyża się załamywały.
Oddaję Ci je, byś dzięki nim
mógł wszędzie docierać.

Zażądałeś moich uszu,
bo Twoje korona cierniowa mocno poraniła.
Oddaję Ci je, byś mógł dzięki nim
nieść innym ulgę.

Zażądałeś moich rąk,
bo Twoje do belki drewnianej przybili.
Oddaję Ci je, by od dziś
jedynie dobro czyniły.

Zażądałeś mego serca,
bo Twoje włócznią przebite zostało.
Oddaję Ci je, by od dziś
Twoją miłością wszystkich kochało.

Początek

Setki pytań, na które być może
Nigdy nie znajdę odpowiedzi.
Ocean możliwości, w którym
Nawet palca nie zamoczę.
Wiele dróg, których pewnie nigdy nie poznam.

Dziś to już nie ma znaczenia.
Dziś nie liczy się już nic oprócz Ciebie.
Dziś podpisuję się na pustej kartce
Tylko dlatego, że podajesz mi ją Ty.
Dziś wyrażam chęć „oddania całego mojego życia
na służbę Bogu i Kościołowi.”

Budowla

(Sebastianowi za to, że zawsze pozwala mi być sobą)
„Gupek” mi mówi, że to jeszcze zaboli,
że przyjdziesz i zrujnujesz mój świat.
Bo pokrywanie ścian obłudy farbą Twojego Słowa,
to zwykłe kłamstwo.

Wierzę słowom „Gupka” i wiem, że to musi nastąpić.
Proszę Cie jednak o siłę,
bym widząc te gruzy wiedziała,
że to wszystko z miłości.

Daj mi cegły Twego Słowa,
które połączę zaprawą miłości.
Przy oknach niech zawsze stoją Twoi aniołowie,
a dach daj pokryć dobrocią.

Podłogę pozwól uczynić z pokory i posłuszeństwa,
abym stąpając po niej wiedziała, jak sama jestem mała.
Na ścianach pragnę zawiesić mądrość i roztropność,
by dzięki nim moc służyć innym.

Na parapetach daj mi postawić kwiaty pobożności
i wspomagaj by nieustannie kwitły.
Z kranów miast wody nich zawsze rozlewa się Twoja łaska,
żebym mogła się w niej obmywać w każdej chwili.

Daj też materiał do wybudowania kominka,
przecież każdy dom staje się dzięki niemu przytulniejszy.
Niech tli się w nim zawsze ogień Ducha Świętego
i ogrzewa całą budowlę.

Skoro to wszytko musi się wydarzyć,
proszę, nie pozwól mi zapomnieć,
że fundamentem musisz stać się Ty.

Zapomnieć

Panie,
Mówią, że wiesz wszystko,
mówią, że znasz każdego,
a jednak… chyba mnie nie poznajesz…

To ja, ta sama, która podnosiła rękę,
by zadać Ci kolejny bolesny cios.

Ta sama, która splunęła Ci w twarz,
miast otrzeć ją z krwi i potu.

Przecież widziałeś mnie w tłumie,
który gnał Cię na Kalwarię.
A teraz… stajesz przede mną
i tak po prostu mówisz „pójdź za mną”?
Zapomniałeś już kim jestem?
-Nie, córko, ale chcę, byś Ty zapomniała.

Jesień

Jesień za oknem.
Niby nieprzyjemna, a jednak potrzebna.
Przecież to, co stare musi w końcu opaść.

Ojcowie narzekają, że wydatków więcej,
Bo domy ogrzać trzeba.
Matki zakłopotane tym, że dzieci
Nie będą mogły bawić się na zewnątrz.
Staruszki wyciągają z dna szafy
Płaszcze, szale i kapelusze z czasów swojej młodości.

Wokół mnie jesień, lecz ja
Tak bardzo chiałabym by zagościła ona w moim sercu.

Chcę, aby grzech i jego konsekwencje
Opadły z mojego serca, jak zżółkłe liście z drzew.
Chcę więcej czasu poświęcić na czynienie dobra.
Chcę odnaleźć siebie w mojej duszy i moim sercu,
A nie po omacku szukać gdzieś poza.
Chcę z dna siebie wydobyć zagubione gdzieś dziecięctwo,
Bo bez niego nie sposób wejść do Niebia.

Ja chcę!
Ale czy będzie mi dane przeżyć jesień serca i duszy?

Nasza droga kalwaryjska
(alumnom WŚSD)

Każdy z nas ma swoja Kalwarię.
Jedni na Wita Stwosza, drudzy na Warszawskiej
jeszcze inni na Panewnickiej.
Każdy ją ma i przejść przez nią musi.

Nie zaczyna się ona od wyroku Piłata,
lecz od decyzji wewnątrz własnego serca.
Na początku nie dostajemy krzyża,
lecza słodki ziarno powołania.

Często upadamy jeszcze u progu,
gdy wyobrażenia z rzeczywistością zderzą się po raz pierwszy.
Przychodzi wreszcie czas pożegnania
z matką, ojcem i tym, co do tej pory stanowiło nasz świat,
By tę drogę wypełniała w całości Jego obecność.

Nie jesteśmy jednak sami.
Na tę górę wspinają się też inni,
którzy nieraz jak Szymon pomagają w trudach.
Czasem z tłumu wybiegnie jakaś Weronika,
aby wesprzeć i okazać troskę.

Lecz częściej w poczuciu samotności
po raz kolejny kolanami uderzamy i ziemię,
by znów powstać i odnaleźć zagubiony kierunek.
Wkoło ludzie lament podnoszą, bo
„taki materiał na małżonka się marnuje”,
ale dla nas bywa to częściej powodem do uśmiechu, niż łez.

Już blisko celu…
Już widać szczyt…
Słabości jednak znów zwyciężają, bo aby osiągnąć cel
trzeba choć przez chwilę być jak On:
upokorzonym, samotnym, niezrozumianym.
Bo aby osiągnąć cel trzeba się pozbyć wszystkiego,
by On sam wystarczał.

Więc idziemy…
Wita Stwosza, Warszawską, Panewnicką…
Aby z ziarna powołania wyrosło piękne drzewo.

Komentarze 3 komentarze

avatar

piękne wiersze!

avatar

dobrze się zapowiadasz.pozdrowienia.

avatar

Bardzo pięknę wiersze. Pozdrawiam autorkę i życzę pełni darów Ducha Świętego do dalszego pisania.

Z życzeniami pokoju i dobra sMKlara

Wyślij komentarz